6390/210
6390/210
Patrzę z wysokości na naszą planetę. 11887 metrów nad ziemią. Lot kombinowany Mexico City do Cancun z Cancun do Istambułu - lot z tzw. przystankiem, a potem jeszcze jeden króciutki do Warszawy. Zacząłem pisać kiedy maszyna znalazła się nad morzem meksykańskim o nazwę to którego, trwają spory z sąsiadem na północy.
To nasz ostatni dzień miesięcznych wakacji w których zahaczyliśmy o Chile i Argentynę gdzie zwiedzaliśmy kordylierę andyjską wokół Santiago, odwiedziliśmy Patagonię po obu stronach granicy - to kompletnie różne krainy. Jedna wulkaniczna i górzysta pokryta lodowcami, a druga płaska z bogatszą roślinnością. Wszystko wina tych cholernych gór. Zatrzymują całe ciepło i wilgoć po stronie Chilijskiej, a do Argentyny schodzą deszcze - dlatego tamta flora jest bardziej bujna. Odwiedziliśmy słoneczne Viñia del Mar gdzie oprócz klimatycznego miasteczka i kolosalnych różnic w warunkach życiowych - tak dramatycznych, jakich ja jeszcze nie widziałem od trzeciego świata po złote ulice. Pacyfik dał nam nadbrzeże show w rybackiej marinie - pelikanów, mew, lwów morskich - wspaniałe szow natury walczącej o przetrwanie - a w sumie dokarmianie. Rybacy wyrzucali resztki do morza, a głodne zwierzęta walczyły by coś wyrwać. Te zwierzaki już wiedzą że tu karmią! Są punktualne. Wielkie słonie morskie zwinnie przepływały z jednego na drugi koniec pomostu - większe były od człowieka te foczki, a tak zwinne, że jak pomyślałem że miałbym tam wejść do tej wody poczułem aż ciarki na plecach… Były różne oblicza Santiago. Była kordyliera andyjska z gorącymi źródłami w pobliżu wulkanu San Jose i nasza prawie nagość pośród wysokich, wysokich gór! A jeszcze Meksyk, tam zwiedzanie miasta zajęło tydzień - dzielnice jak ulice Krokodyli poprzetykane zatrważającą biedą matek żebrzących z dziećmi - jakby trochę na przynętę litości... Dzielnice zróżnicowane, muzea z cudowną sztuką oraz slumsy. Wszystko to z odrobiną napięcia, pod lufami uzbrojonych po zęby policjantów i setek ochroniarzy - w świecie za kratą i pod napięciem! Nawet w sanktuarium matki boskiej z Guadelupe - przewodnik ostrzegał - bądźcie jak meksykanie - nie obnoście się biżuterią ani bogactwem... Oni na was patrzą uważnie! Ostrzegał przed złodziejami ze świętego miejsca. Urzekł spokój piramid nieznanej cywilizacji w Teotihuacán, podobnie jak ogony wielorybów w gejowskim raju Puerto Vallarta... I tak nam zszedł cały miesiąc... Dlatego nie mieliśmy czasu na półrocznice!
W tym locie, w jego trakcie, przeszły też przez moje myśli, wszystkie wspaniałe kolacje, które zjedliśmy przez miniony miesiąc. Wszystkie podniosłe i straszne (kiedy próbowano na okraść w Santiago) chwile. Szesnaście godzin lotu do domu przez Istambuł. I wtedy do mnie dotarło, że jest 19 marca 2026 i właśnie pod tą datą mija nam 6390 dni czyli 210 miesięcy razem... Tak się porbiło!
Komentarze
Prześlij komentarz